Wczoraj R. wyciągnął mnie na mecz Wisła Kraków – Groclin Grodzisk do Krakowa. Jako, że autostradą ciśnie się tam szybciutko, to postanowiliśmy spokojnie pojechać. Jechałem na kacu, w końcu na autostradzie (płatnej) musiałem sobie rzygnąć, i poczułem się jak nowo narodzony. Pojechaliśmy do restauracji „U Wiślaków”. Tam chłopaki kupili mi obiadek (szacun!), którego ledwo co zjadłem, a zjeść musiałem, żeby mieć coś normalnego na żołądku. Potem mecz, po meczu znowu do knajpy, gdzie nie dałem rady schabowemu. Męczyłem się cholernie i w końcu powiedziałem dość. Porcja jak dla słonia to mało powiedziane. Poznałem za to elitę kinoli Wisły, dużo osób ze starej gwardii. Wisełko dzięki za gościnę!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
Ave!!
Jak Ci się meczyk podobał i akademiki po drugiej stronie ;)
Ładny jest z nich widok na płytę boiska, niestety tylko wtedy, jak nie ma liści na drzewach. U "Mongoła" koło płotu jest dobre żarcie również.
Prześlij komentarz