Opisu meczu od strony sportowej nie będzie, bo to co pokazały nasze wkłady do koszulek to woła o pomstę do nieba. Opiszę sam wyjazd…
Do Gdańska udałem się z dobrym ziomkiem z Wrocławia – Kulą, oraz jego siostrą - Gosią, która debiutowała na meczu Śląska (w dodatku na wyjeździe). Docelowo chcieliśmy zacząć spokojnie pić od Poznania, a nawet Bydgoszczy, żeby Gosia spokojnie pospacerowała nad morzem i pozwiedzała z nami gdańską starówkę, ale nasz cały misterny plan spalił na panewce, bowiem tym samym pociągiem co my leciała bardzo fajna, znajoma załoga.
Generalnie w samym Gdańsku byliśmy już nieźle „potrąbieni”, zresztą już końcowe kilometry drogi sprawiły, że nasze przedziały były najgłośniejsze w całym składzie. We Wrzeszczu przejął nas gospodarz, który zabrał bagaże, zawiózł je do domu i dołączył do nas kilkadziesiąt minut później.
Oczywiście musieliśmy sobie jeszcze kupić po 2 piwka dla zabicia czasu, po czym padła komenda – jedziemy na molo w Sopocie. Nic to, że według moich informacji w Sopocie (przynajmniej kiedyś) jest/była przewaga kibiców Arki. Jedziemy w barwach. Deszcz ładnie zacina, ale po wyjściu z SKM-ki udaliśmy się na molo. Weszliśmy, porobiliśmy fotki, dopiliśmy browarki, które mieliśmy w plecakach i wracamy na pociąg ze śpiewem na ustach Śląsk i Lechia oraz trochę mniej cenzuralną pieśnią o Arce. Nagle z jakiejś knajpy wyłania się dwóch kolesi i coś zaczynają się do nas drzeć, knajpa była daleko, więc byli wtedy mocni. Ja oczywiście nieświadomy tego co robię, zacząłem się do nich drzeć „dawać ku**y! Mocni w gębie jesteście? Chodźcie do nas!”. Dzień później dowiedzieliśmy się od Micha (nasz gospodarz, że było ich ośmiu – ładnie popłynęlibyśmy…)
Dzień meczu – pospaliśmy do 10-tej, potem ruszyliśmy na plażę na Brzeźno, pochodziliśmy, pogadaliśmy, nie za bardzo chciało nam się jeść a tym bardziej pić. Do meczu czas jakoś zleciał. Sam mecz to protest kibiców Lechii, więc skończyło się na wspólnym oglądaniu spotkania bez dopingu, za to można było spokojnie pogadać ze znajomkami. Po meczyku udaliśmy się na starówkę, pozwiedzaliśmy to i owo i wróciliśmy do domu spać.
W niedzielę zrobiliśmy sobie wycieczkę po 3-mieście. Westerplatte, Stocznia Gdańska, Port w Gdyni, oczywiście Arena Bałtycka (kapitalnie wygląda), potem jeszcze troszkę nad morze i do domku na piwko.
W poniedziałek trzeba było wracać. Ponieważ pociąg odjeżdżał dopiero po 15-tej, to znowu pojechaliśmy na plażę, wypiliśmy kawę no i spokojnie wróciliśmy do Wrocławia.
Jak zawsze gościna była przednia, zawarło się nowe znajomości, wypiliśmy, pojedliśmy i szkoda, że to już koniec…
